Posty

"Przeczucia" - rozdział 1 (przed edycją)

Rozdział 1 - "Na południe"

Nie lubię lata. Jedyną jego zaletą jest to, że są wtedy wakacje. Ale te straszliwe upały tak dają mi się we znaki, że zdecydowanie nie jest to moja ulubiona pora roku.  Siedząc na tylnym siedzeniu w samochodzie mojej mamy z nosem przyklejonym do szyby, cieszyłam się z dwóch rzeczy – że kiedyś ktoś mądry wymyślił klimatyzację samochodową i że moja mama wpadła na genialny pomysł kupienia autka wyposażonego w taki wynalazek.

Ja, Marinette - cz.9

(9) – Z tarczą czy na tarczy Biegnąc wzdłuż Sekwany, mogłam stwierdzić, że jo-jo Biedronki było wygodniejszym środkiem transportu niż koci kij. Z drugiej strony kostium Czarnego Kota zapewniał lepszą amortyzację, jakby pochłaniał wszelkie wstrząsy. Wylądowałam miękko tuż przy jednej z nóg wieży Eiffla. Miałam nadzieję, że Biedronka znajdzie mnie, zanim zjawi się tu Sztukmistrz… – Jak ci poszło, Kropeczko? – usłyszałam szept tuż obok ucha. – Jak się czujesz, Kocie? – spytałam natychmiast, starając się wyczytać z oczu Biedronki jakieś ślady po szokującym odkryciu tożsamości swojej partnerki. – No, jeszcze nie mogę uwierzyć w to, czego się dowiedziałem! Wow, to naprawdę… – Słuchaj, Adrien… – szepnęłam poważnym tonem. – Gdyby z jakiegokolwiek powodu „Niezwykła Biedronka” nie wymazała twojej pamięci o tożsamości Biedronki, musisz pamiętać, żeby nigdy przenigdy nie ujawnić publicznie swojej tożsamości. Nawet za cenę ratowania Marinette. Przynajmniej tyle mogłam zrobić. Tak na wsz

Ja, Marinette - cz.8

(8) – Szkatuła Jeszcze tego mi brakowało! Dopiero co zaczęłam ogarniać rzeczywistość we wcieleniu Marinette, to mnie teraz superzłoczyńca uszczęśliwił zamianą w Czarnego Kota… – Kropeczko? – zagadnęła Biedronka zatroskanym tonem, przyklękając obok mnie. – No, tego się nie spodziewałam, Kocie… – jęknęłam, wciąż wpatrzona w moją dłoń, z której unosiły się maleńkie czarne dziury – widoczna oznaka, że Czarny Kot zdążył użyć zaklęcia kotaklizmu. – Co teraz? – Gdzieś muszę wykorzystać ten kotaklizm, bo inaczej niechcący uszkodzę siebie albo ciebie, albo pół Luwru… – mruknęłam. Biedronka podrzuciła w górę znalezione na dachu pióro jakiegoś gołębia. Złapałam je w locie i momentalnie zamieniło się w pył. – Dzięki… – mruknęłam. – Wyglądało trochę jak amok. – Wychodzi na to, że oboje użyliśmy supermocy… – westchnęła Biedronka, ściskając w dłoniach dziwny owalny przedmiot. – Zaraz przejdziemy przemianę powrotną. – Zejdźmy z dachu w takim razie – zaproponowałam przytomnie i czym p

Ja, Marinette - cz.7

(7) - Przerąbane Musiałam przyznać, że trochę mnie zatkało na widok Czarnego Kota. Nie mogłam opanować zaskoczenia tym bardziej, że udałam się na przebieżkę po mieście tylko po to, żeby ogarnąć podstawowe umiejętności Biedronki. Nie spodziewałam się natknąć na mojego partnera, który znał prawdziwą Biedronkę jak własną kieszeń i w każdej chwili mógł się zorientować, że stoi przed nim jakaś podróbka. Choć z drugiej strony, jak sobie przypomniałam odcinek „Biedronka”, to szybko zweryfikowałam ten pogląd. – Potrzebowałam zmienić optykę… – mruknęłam wreszcie, czując, że cisza się przedłużała i sytuacja stawała się niekomfortowa. – Zmienić? – podchwycił. – No, trochę się zmieniło w ciągu ostatniej doby. Pomyślałam, że łatwiej to ogarnę, jeśli spróbuję spojrzeć na to z innej strony. – Tak dosłownie z innej strony? – uśmiechnął się. – Czasami trzeba. – Wzruszyłam ramionami. – Widziałaś się z Mistrzem Fu? – zmienił temat Czarny Kot, stając obok mnie. Przyjrzałam mu się uważnie.

Ja, Marinette - cz.6

(6) – Paryż nocą – Zawsze chciałam przyjechać do Paryża… – westchnęłam, wychodząc wieczorem na balkon Marinette. – Nie mogę w to uwierzyć, że jak już tu trafiłam, to robię wszystko, żeby wrócić do domu… Ironia losu, co? – zwróciłam się z półuśmiechem do Tikki, która przyfrunęła za mną i usiadła mi na ramieniu. Wokół nas powoli zapadał zmierzch, otulając nas przyjemnym półmrokiem. Był dość ciepły wieczór, zresztą nie spodziewałam się nagłego załamania pogody. W miraculowym Paryżu padało właściwie tylko raz, nie licząc szaleństw Nawałnicy… Spojrzałam na całkiem gwarną jeszcze ulicę w dole. W świetle latarni widziałam spieszących przechodniów, niektórzy wstępowali do piekarni Dupain-Cheng, inni pędzili przed siebie… Dzień jak co dzień… Podniosłam wzrok i zapatrzyłam się na podświetloną katedrę Notre Dame. Obstawiona rusztowaniami stopniowo odzyskiwała dawny kształt. I pomyśleć, że nigdy nie widziałam jej w środku, choć dwa lata temu miałam ku temu niepowtarzalną okazję… – Serio nigd