Wreszcie wydostali się na zewnątrz. Adrien zaciągnął się świeżym powietrzem, o ile powietrze w środku miasta można nazwać świeżym. Ale u Marinette na balkonie było tyle kwiatów, że można było zapomnieć, że jest się w centrum Paryża. Jakby tak zamknąć oczy, można by sobie wyobrazić piękny ogród poza miastem. - Od razu lepiej, prawda? – spytała cicho Marinette, spoglądając na niego z ciekawością. - Tak. – szepnął, uśmiechając się do niej. - Siadaj, proszę. – wskazała mu drewnianą skrzynię, która wyłożona poduchami pełniła funkcję ławki. – I częstuj się. Moi rodzice są mistrzami w swojej dziedzinie. - Dobrze, że nie ma tu ani Natalii, ani mojego ojca. Pewnie dostałbym zakaz spróbowania czegokolwiek. - W takim razie dobrze, że ich tu nie ma. Ja sama wszystkiego nie zjem, bo inaczej nie zmieszczę się we własne spodnie. Musiałabym znowu latać po mieście w piżamie. – zażartowała, a on od razu się zarumienił. Kiedy usiadła obok niego na ławeczce, jego rumieniec jeszcze się pogłęb...
Komentarze
Prześlij komentarz